|
Oblicza patriotyzmu 11 listopada minęły obchody Dnia Niepodległości. Byłem na uroczystościach lokalnych, a w telewizji oglądałem przebieg Marszu Niepodległości w Warszawie oraz innych przedsięwzięć publicznych w wydaniu różnych programów telewizyjnych. Zwróciłem uwagę na jedną z charakterystycznych cech tych uroczystości. Na żadnej z nich nie usłyszałem wspomnień i wyrazów szacunku dla tych, którzy w krwawym trudzie walczyli ponad sto lat temu o niepodległość Polski. Bo bez ich walki i poświecenia nawet najświetniejsze plany i strategie polityków odzyskania niepodległości byłyby tylko kolejnymi mrzonkami. Korzystając z uprzejmości Redaktora pozwoliłem sobie zamieścić wspomnienia z tamtych lat mojego ojca, Ignacego Krowiaka, który jako niepełnoletni uczeń V klasy Państwowego Gimnazjum w Rzeszowie zgłosił się w 1914 roku jako ochotnik do Legionów, a w 1918 roku jako ochotnik wstąpił do organizującego się Wojska Polskiego. Jest wiele opracowań na temat wielkiej polityki w tamtym okresie, bitwach i wspomnieniach generałów i pułkowników, ale bardzo skromne są za to wspomnienia zwykłych żołnierzy. Ich wycinkowe wspomnienia, zebrane potem w panoramiczny opis ukazują dopiero pełny obraz tych bohaterskich zmagań. Sięgnięcie do przeszłości stało się także dla mnie okazją do porównania postaw i motywacji patriotycznych młodych ludzi, niekiedy wręcz dzieci, którzy wiedząc o okropnościach walk, ogromnym trudzie żołnierskim, głodzie i wyniszczeniu, strachu przed śmiercią, ran zadawanych oraz śmierci rzeczywiście krążącej cały czas wśród żołnierzy, i pomimo to, poszli bić się o niepodległą Polskę. A z drugiej strony mamy postawy współczesnego „patriotyzmu” ukazywane chociażby przy okazji Marszów Niepodległości organizowanych coroczne przez polską prawicę oraz polityków siejących niezgodę narodową i rozpuszczających kłamstwa. * * * Był rok 1914. Już od początku roku mówiło się o wojnie. Na wakacje przyjechałem jak co roku. Miałem już odznaki ucznia V klasy Państwowego Gimnazjum w Rzeszowie i .. niecałe 18 lat. Rozeszła się wieść, że powstaje wojsko polskie , czyli Legiony . Zmówiliśmy się z moim przyjacielem Józefem i obaj poszli do Rzeszowa zgłosić się do Legionu. Przydzielono mnie do ”Drużyny Bartoszowej” a Józef pojechał do Krakowa, gdzie wojsko tworzył Józef Piłsudski. Na terenie całej Galicji, za zezwoleniem władz austriackich, istniały polskie oddziały wojskowe: Związek Walki Czynnej, Związek Strzelecki, Drużyny Bartoszowe, skupiające, przede wszystkim, młodzież polską ( w tym uciekinierów spod Zaboru Rosyjskiego). Tylko kilka dni nas podszkolono (zresztą przysposobienie wojskowe mieliśmy już w gimnazjum)i wysłano nas na front, gdzieś pod Tarnobrzeg, bo Moskale atakowali granicę na Wiśle. Wprowadzono nas do okopów opuszczonych przez wojska frontowe. Nie bardzo wiem gdzie to było, ale Wisłę widziałem jak na dłoni. Wieczorem zaczął padać deszcz. W nocy rozpadało się na dobre. Ja, jak i wielu innych, byliśmy bez płaszczy, które kazano nam pozostawić we wsi. Ni stąd ni zowąd rozpoczęła się bezładna strzelanina. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto. Nasz komendant nic nie wiedział, ale kazał nam strzelać. Tak chyba ze strachu czy dla postrachu. Deszcz padał a myśmy strzelali do wyczerpania amunicji. Teraz ogarnął nas prawdziwy strach. Co będzie, jak wpadną na nas Moskale, a my nie mamy czym się bronić? Karabiny mieliśmy starego typu, ładowane po jednym naboju. Przemokliśmy tak, że nie było na nas suchej nitki, każdy dygotał. To nie było wojsko, to były jeszcze dzieci: uczniowie gimnazjalni, czeladnicy od rzemieślników itp. Wreszcie zabrali nas z tych okopów przeprowadzili w okolice Sandomierza za Wisłę. Przyłączyli nas do grupy legionistów przybyłych z Krakowa. Tu spotkałem się z kolegą z gimnazjum w Rzeszowie Kulą, który potem przyjął pseudonim Lis – Kula. Był tu również mój przyjaciel Józef. Tu dopiero przerobiono nas w prawdziwe wojsko, umundurowano i dano prawdziwą, nowoczesną broń. W okolice Częstochowy i Kielc nadciągali Moskale, i to z wielką silą. Tu weszliśmy do walki i przeszli prawdziwy chrzest bojowy. Walczyliśmy uparcie przez dwa dni. Tu zostałem ranny w nogę, a mój przyjaciel w głowę. Rannych znoszono do tymczasowego punktu sanitarnego. Bardziej okaleczonych zabierali furmankami. Lżej rannych pozostawiono, obiecując wywieźć ich z nadejściem nocy. Czekaliśmy na furmanki w jakiejś chałupie od północy aż do rana. Tymczasem z rana przyszli Moskale, bo w nocy Legioniści się wycofali, nas pozostawiając. Moskale byli dla nas, rannych, życzliwi. Powiedzieli, że później przyjadą saniteci (sanitariusze) i nas zabiorą. Kto potrafił jako tako chodzić to uciekał, gdzie kto mógł. Ja i jeszcze jeden kolega z Rzeszowa skierowaliśmy się w nasze strony. Podróż była powolna i męcząca, bo kuleliśmy na nogi. Przez Wisłę przewiózł nas jakiś poczciwy Polak z Królestwa. I tak po miesięcznej wojaczce powróciłem do domu leczyć rany. W czerwcu 1915 roku zabrano mnie do wojska austriackiego i walczyłem, na różnych frontach do końca wojny światowej w 1918 roku . W listopadzie Ojczyzna znowu mnie wezwała ku swojej obronie i na ochotnika wstąpiłem do Wojska Polskiego. Był rok 1918. Pewnego, listopadowego dnia, do zapadłej wioski na Podkarpaciu przyjechał polski oficer z gorącą mową patriotyczną. Zachęcał chłopców – Chłopcy …. Trzeba iść bić się za Polskę … I poszliśmy. Na ochotnika zgłosiło się kilkunastu byłych żołnierzy austriackich. Zgłosiłem się i ja (czyli Ignacy Krowiak). Pod koniec listopada 1918 roku wyjechaliśmy do wojska w Przemyślu. Było to już Wojsko Polskie, bo od 11 listopada istniało już Państwo Polskie. Zacząłem służyć w 38 pułku piechoty. Uzbrojono nas dosyć prymitywnie. Pierwsze walki z Ukraińcami, którzy chcieli zabrać do tworzonej przez nich Republiki Ukraińskiej tereny aż po San. Było nas za mało. Coś około 25 chłopa. I tylko jeden karabin maszynowy. Dostaliśmy potem dodatkowo na wyposażenie przestarzałego typu armatę. Wyruszyliśmy na front w kierunku Chyrowa (teraz na terytorium Ukrainy). Tam trafiliśmy na większy opór. Armatę nam rozbili i zabili artylerzystę. Musieliśmy się wycofać aż pod Przemyśl, gdzie znaleźliśmy się około połowy grudnia. Sposób prowadzenia wojny przypominał raczej partyzantkę. Nie było stałego frontu, brakowało kadry oficerskiej a do tego wojska polskiego było za mało. W Przemyślu staliśmy w zabudowaniach klasztoru na Zasaniu (dzielnica lewobrzeżna miasta) obok kładki prowadzącej przez San. W dzień tłukliśmy się na prawym brzegu Sanu, a na noc wracaliśmy na Zasanie. O świcie powtarzało się to samo. Na noc nie mogliśmy pozostać po drugiej stronie rzeki, gdyż było nas za mało i Ukraińcy mogliby nas otoczyć. Zresztą i oni też nie mieli zbyt dużych sił do uzyskania nad nami zwycięstwa. Po paru dniach takich wypraw wróciliśmy do koszar. Nikt się nami nie interesował. Z jedzeniem było kiepsko. Ponieważ zbliżały się Święta Bożego Narodzenia – postawiłem karabin w kącie na korytarzu i poszedłem do domu. Tak samo postąpiło jeszcze kilku kolegów. Nie było nawet komu się odmeldować. Chyba tak samo postąpili Ukraińcy. Tak w rzeczywistości wyglądał początek tej wojny. Potem jeszcze, do 1920 roku. walczyłem najpierw z Ukraińcami a następnie z Bolszewikami, by pod koniec tamtej wojny wylądować jako ciężko ranny w szpitalu w Krakowie. * * * Jest rok 2025. Jedna z pracowni Badania Opinii Publicznej przeprowadza sondaż, zadając pytanie skierowane dla Polaków (mężczyzn) w przedziale wiekowym 18 do 39 lat Co zrobisz, gdyby Polska została zaatakowana i trzeba będzie stanąć w obronione jej niepodległości z bronią w ręku? Około 40 % respondentów z tej grupy wiekowej odpowiedziało, że postarają się uciec przed poborem za granicę. Oczywiście jest to na razie wartość statystyczna, która w rzeczywistej potrzebie może stać się znacznie większa lub mniejsza. Czy w kontekście postaw obywatelskich opisanych uprzednio taki wynik wymaga jeszcze komentarzy? Mamy rok 2025. W Warszawie organizowany jest Marsz Niepodległości. Pod światłym hasłem promowanym przez panującego nam Prezydenta miał być wizytówką jedności narodowej i pojednania. Marsz ten organizowała prawica i skrajna prawica polskiej sceny politycznej. Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej zamiast jednoczyć Polaków w intencji tego święta zrobił z niego wiec polityczny, a w jego wydaniu to święto stało się narzędziem brzydkiej propagandy, a nie jedności narodu. Jak co roku ci, nazywani przez liderów prawicy i jeszcze wcześniej prezydenta elekta, „prawdziwymi patriotami” w huku petard i sztucznych ogni, wykrzykujący pod adresem normalnych, myślących ludzi paskudne obelgi, palący i depczący flagę Unii Europejskiej, grożący myślącym inaczej od nich o Polsce różnego rodzaju groźbami itp. uważają się za jedynych ”patriotów’ i „prawdziwych Polaków”. Reszta narodu to według nich i ich politycznych przywódców to ”nie patrioci” i „nie Polacy”. Zresztą co Państwu będę dalej opowiadał. Ci, którzy chcą spokoju i mają odwagę samodzielnie myśleć sami to widzą i słyszą. Refleksja Na podstawie obserwacji rzeczywistości przedstawionej skrótowo w powyższym tekście zapragnąłem zwrócić się duchowo do mojego, już nieżyjącego, ojca aby zada mu pytanie. TATO, czy za taką Polskę warto było Tobie i wielu dziesiątkom tysięcy młodych ludzi przelewać krew, cierpieć strach i niewygody, walczyć z wrogiem po to, by wywalczyć przestrzeń dla powstania Niepodległej? Czy o takiej Polsce i takich przywódcach narodowej niezgody marzyliście kuląc się przed śmiercią w okopach? Andrzej Krowiak |
